Preria - część trzecia
Cóż za obraza łacińskich gramatyk! Niech i tak będzie. Stracone* zachody miłosne W chwili gdy z powodów opisanych w poprzednim rozdziale osadnik i jego synowie rozstali się ze sobą, w dolinie, leżącej nad i brzegiem niewielkiego strumienia w odległości wystrzału armatniego od obozu, dwóch mężczyzn toczyło ożywioną dyskusję naj temat smakowitego garbu bizona, przygotowanego dla ich pod-niebień z największą dbałością o wykazanie zalet tego mięsiwa. Ten z nich, którego sztuce kulinarnej zawdzięczał ucztę jego towarzysz, mniejszą zdradzał ochotę korzystania z owoców własnej umiejętności. Jadł, co prawda, i to ze smakiem, jednak zachowywał umiar, jakim wiek zwykł łagodzić apetyt. Zapałów jego towarzysza nie powściągały takie hamulce. Będąc w pełni męskich sił, z wielkim przejęciem oddawał sprawiedliwość dziełu rąk starszego przyjaciela. Łykając jeden po drugim wyborne kąski, obracał ku towarzyszowi oczy i spojrzeniem pełnym najwyższej uprzejmości wyrażał wdzięczność, której nie mógł wypowiedzieć ustami. - Gdyby tak jeszcze mieć choć czarkę pitnego miodu - powiedział Paweł przerywając jedzenie, by odsapnąć - przysiągłbym, że jest to najbardziej tęgi posiłek, jaki kiedykolwiek zaofiarowano ustom człowieka! - Tak, tak, możesz tak powiedzieć - odrzekł starszy, śmie- ¦] jąc się przy tym swym szczególnym śmiechem, płynącym z głębo-l kiej satysfakcji, wywołanej widokiem niezmiernego zadowolenia towarzysza. - Jest ono tęgie i daje siłę temu, kto je spożywa. > Masz, Hektorze. - Tu rzucił kawał mięsa swemu cierpliwemu psu, który bacznie spoglądał mu w oczy. - Powiadam panu, traperze - rzekł Paweł - że każdego dnia, który tu spędzimy, a dni takich będzie zapewne dużo, zobowiązuję się zjeść każdego bawołu razem z kopytami i nic z niego nie zostawić. Ale któż tu się zbliża? Sam odpowiem, że to ktoś z dobrym nosem, i że węch go nie myli, jeżeli tropi obiad. Człowiek, który przerwał im rozmowę, ukazał się nad brzegiem strumienia i szedł stanowczym krokiem wprost ku dwóm biesiadnikom. - Zbliż się, przyjacielu - powiedział traper przywołując go ręką, gdy zobaczył, że nieznajomy zatrzymał się na chwilę, zapewne nie wiedząc, co czynić dalej. - Zbliż się, powiadam. Jeżeli głód jest twoim przewodnikiem, przyprowadził cię na właściwe miejsce. - Czcigodny myśliwcze - odpowiedział doktor (gdyż nie był to nikt inny, lecz właśnie nasz przyrodnik, który odbywał jedną ze swych codziennych wypraw odkrywczych) - cieszę się ogromnie z tego szczęśliwego spotkania. Lubimy te same zajęcia i powinniśmy być przyjaciółmi. - Boże, Boże - odparł starzec śmiejąc się, wbrew zasadom przyzwoitości, prosto w twarz filozofa. - Toż to ten sam człowiek, który chciał mnie przekonać, że nazwa może zmienić naturę zwierzęcia. Chodź, przyjacielu, jesteś miłym gościem, chociaż zaślepiło cię trochę czytanie zbyt wielu książek. Usiądź tutaj, zjedz kawałek mięsa, a potem powiedz mi, jeśli potrafisz, jak się nazywa zwierzę, które dało ci to mięso na posiłek. Oczy doktora Battiusa mówiły wyraźnie o zadowoleniu, z jakim słuchał tej propozycji. Spacer, który odbył, i ostry wiatr wzbudził w nim apetyt, zajął więc wskazane sobie miejsce przy boku trapera i bez dalszych ceremonii zabrał się do jedzenia. - Musiałbym się wstydzić mojego zawodu... - powiedział łykając z widoczną rozkoszą kawałek mięsa i jednocześnie starając się przebiegle odtworzyć charakterystyczne cechy opalonej i zniszczonej skóry - musiałbym się wstydzić mojego zawodu, tfdyby na kontynencie Ameryki znajdował się ptak czy zwierzę, którego nie mógłbym poznać po mnogich właściwościach, wyliczonych w opisach naukowych. To... więc... to jedzenie jest pożywne i smaczne. - Mówiłeś więc, przyjacielu, że masz wiele sposobów na to, 76 77 by poznać, jakie to zwierzę? - spytał traper, który słuchał go uważnie. - Wiele. Bardzo wiele, i to niezawodnych sposobów. Tak więc zwierzęta, które są mięsożerne, można poznać po insiciores. - Po czym? - zapytał traper. - Po zębach, którymi natura wyposażyła je dla obrony, a także po to, by mogły rozrywać jedzenie. Poza tym... - Poszukaj więc zębów tego stworzenia - przerwał traper, chcąc koniecznie przekonać człowieka, który ośmielał się uważać za równego mu znawcę spraw prerii, że jest kompletnym w tej dziedzinie ignorantem. - Odwróć ten kawałek, znajdź te twoje siekacze. Doktor posłuchał, lecz oczywiście nic nie osiągnął. Skorzystał jednak z okazji, by rzucić jeszcze jedno daremne spojrzenie na spieczoną skórę. - A więc, przyjacielu czy znalazłeś już to, co jest ci potrzebne, byś mógł orzec, czy to stworzenie jest kaczką czy łososiem? - Sądzę, że nie całe zwierzę tu się znajduje? - Może pan śmiało to powiedzieć! - wykrzyknął Paweł, który tak był syty, że musiał przestać jeść. - Ja odpowiadam za kilka funtów mięsa tego stworzenia, i to ważonych najuczciwszy-mi stalowymi odważnikami pochodzącymi z zachodu Alleghenów. Mimo to może się pan jeszcze nieźle pożywić tym, co pozostało. - Serce! - zawołał doktor, z głęboką radością dowiadując się, że jest jakaś określona część ciała zwierzęcia, którą mógłby poddać oględzinom. - Ach, niech się przyjrzę temu organowi... to pozwoli od razu określić charakter zwierzęcia... to z pewnością nie jest serce... ach, oczywiście, że jest... to zwierzę musi należeć do gatunku beluae*, sądząc po jego żarłocznych obyczajach. Przerwał mu długi i serdeczny, choć jak zwykle cichy śmiech trapera. Obrażony przyrodnik uznał to za czyn tak bardzo